Personalizm w praktyce

Brat Gwala Torbiński, fot. archiwum E. Wiater.

1 lutego 2024

Brat Gwala Torbiński jest drugim, obok o. Joachima Badeniego, dominikaninem, co do którego rozpoczęto przygotowania do procesu beatyfikacyjnego. Ten „milczący kaznodzieja” urodził się w 1908 roku, w wielodzietnej rodzinie chłopskiej w Konstantowie k. Janowa Lubelskiego. Skończył zaledwie cztery klasy szkoły powszechnej, ale potem okazał się genialnym samoukiem. Do zakonu wstąpił we Lwowie, gdzie w 1934 otrzymał habit, zostając bratem konwersem. Tam też spędził wojnę. Po niej pracował kolejno w klasztorach w Lublinie, Warszawie, Poznaniu i Krakowie. Modlił się prawie nieustannie. Umarł 13 lipca 1999 roku w opinii świętości.

 

Na fali zmian po II soborze watykańskim w 1969 roku w Polskiej Prowincji Dominikanów rozesłano do wszystkich jej członków ankietę, która miała być czymś w rodzaju sondażu opinii publicznej. W jej ramach zakonnicy mogli się wypowiedzieć m.in. na temat potrzebnych, ich zdaniem, zmian. Wszystkie sugestie, jeśli chodzi o życie wspólnotowe, dało się sprowadzić do dwóch zaleceń. Kiedy się im przyjrzymy, jasne staje się, dlaczego w sposobie życia br. Gwali Torbińskiego można widzieć znak prorocki.

Trudne pojęcie: personalizm chrześcijański

Każda zmiana w tak dużej instytucji jak Kościół odbywa się pod określonymi hasłami, które niejako na nowo opisują jej misję. Współcześnie jest to synodalność, zaś w okresie soboru i tuż po nim był to personalizm chrześcijański. I to on właśnie pojawia się w odpowiedziach jako istotny dla ankietowanych zakonników – sytuację w prowincji miał poprawić „zachowany serio we wspólnotach i między członkami wspólnot chrześcijański personalizm jako podstawa zakonnego układu stosunków międzyludzkich”[1].

To ogólne stwierdzenie zostaje potem we wspomnianym dokumencie rozbite na konkretne wskazówki praktyczne lub odniesienia do pewnych postaw i właśnie ta część dała mi do myślenia. Mając w pamięci biografię br. Gwali, w tym opinie o nim, które wyrazili jego współbracia w wywiadach, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że żył on tym, czego potrzebowali ankietowani. Jednak br. Gwala nie zdawał sobie z tego sprawy, po prostu na serio realizował swoje powołanie.

Dialog i otwartość

Brat Gwala słynął z tego, że był człowiekiem wielkiego posłuszeństwa i zdrowej pokory. Biorąc pod uwagę fakt, że jako dominikanin ślubował właśnie posłuszeństwo, oraz że pokora jest główną cnotą mającą charakteryzować chrześcijanina, już to pokazuje skalę jego wewnętrznej formacji.

W opracowaniu ankiety przy wskazaniu dotyczącym dialogu i otwarcia się na innych dodane jest wyjaśnienie, że postawa ta ma wynikać z dostrzegania w drugim bracie homo Dei – człowieka/dziecka Bożego. Zdanie to brzmi gładko i elegancko, trącąc przy okazji sloganem, a więc stwierdzeniem zbyt ogólnym, by miało sensowne przełożenie na praktykę życia. Tu komentarzem może być punkt dalszy, odnoszący się już do przyczyn konfliktów we wspólnocie zakonnej i wspólnotach klasztornych. Wymienione tam zostały: „brak wyrobienia duchowego [odpowiedniej formacji duchowej i ascetycznej – przyp. EW] u obu stron, wzajemne nieszanowanie się, wzajemna podejrzliwość, niezdawanie sobie – po obu stronach – sprawy ze służebnej roli powołania, brak taktu, (…) zbyt łatwe osądzanie”[2].

Tymczasem br. Gwala słynął z tego, że był człowiekiem wielkiego posłuszeństwa i zdrowej pokory. Biorąc pod uwagę fakt, że jako dominikanin ślubował właśnie posłuszeństwo, oraz że pokora jest główną cnotą mającą charakteryzować chrześcijanina, już to pokazuje skalę jego wewnętrznej formacji. Potrafił uznać swoje błędy, widział własną słabość a jednocześnie potrafił, kiedy to było konieczne, stawiać wymagania. Jak wspomina o. Dariusz Kantypowicz, bracia wiedzieli, że nie było opcji, żeby pożyczone przez nich książki nie wróciły do magazynu, gdyż brat bibliotekarz potrafił łagodnie, ale konsekwentnie egzekwować ich zwrot.

Przejawem szacunku wobec braci, i to o wiele młodszych od niego, było uczenie się ich imion i nazwisk na pamięć. Brat Gwala robił to już na początku ich pobytu w krakowskim klasztorze. Poznanie czyjegoś imienia i zwracanie się do niego właśnie w ten bezpośredni sposób jest według mnie najpełniejszą chyba realizacją soborowego wezwania do personalizmu. Oznacza dostrzeżenie człowieka w jego odrębności, której przejawem jest imię – własne, odróżniające od pozostałych. Dla br. Gwali wspólnota nie była magmą, ale rzeczywistością składającą się z konkretnych osób o konkretnych imionach. Z czasem, przynosząc im wypożyczane przez nich książki, odkrywał też, czym się interesują, czego szukają. W świadectwach przewijało się przekonanie, że brat wiedział o pozostałych mieszkańcach klasztoru zdecydowanie więcej niż ktokolwiek inny. Pozostawał jednak dyskretny i nigdy nie wykorzystywał tej wiedzy do szkodzenia.

To ostatnie sprawiało, że nie musiał uciekać się do podejrzliwości. Wiedział, bo widział swoje i przy tym wszystkim wobec każdego zachowywał życzliwość, nawet jeśli ktoś był trudny w kontakcie. Nie osądzał braci, w jego listach nie ma plotek ani obmów – jeśli nie mógł o kimś pisać dobrze, nie pisał wcale. Z jednej strony to przejaw wielkiej kultury osobistej, czy jak to nazwali ankietowani – taktu, z drugiej – wyraz rezygnacji z osądzania, przyjęcia drugiego takim, jaki jest.

„Personalizm (…) należy realizować przez dobrowolną realizację ślubów – sam zakonnik ma wiedzieć, czego chce”[3].

Co najmniej dwa razy br. Gwala udowodnił, jak wielką wartość miało dla niego życie zakonne, a więc i same śluby. Pierwszą okazją był moment, gdy skierowano go do pracy zecera w lwowskim wydawnictwie dominikanów, w 1938 roku. Oznaczało to, mówiąc w skrócie, skazanie go – ze względu na wysoce szkodliwe warunki pracy – na przedwczesną śmierć poprzedzoną ciężką chorobą. Był po ślubach czasowych, mógł więc bez problemu odejść z zakonu, on jednak pod posłuszeństwem przyjął tę asygnatę.

Druga sytuacja miała miejsce już w czasie wojny. Okres pierwszej sowieckiej okupacji Lwowa to dla tamtejszych dominikanów czas głodu, niepewności i upokorzeń. I w tym mrocznym czasie br. Gwala, 13 stycznia 1941 roku, składa śluby usque ad mortem. Śmierć mogła przyjść bardzo szybko, jednak ten wtedy jeszcze młody mężczyzna zamiast szukać łatwiejszego życia, decyduje się na związanie z zakonem na dobre lub złe, a wtedy wydawało się, że ta druga opcja jest zdecydowanie pewniejsza.

Rodzina wspominała, że nawet podczas wakacji zachowywał nakazane posty, codziennie szedł na Mszę, a jeśli była taka możliwość – także na nieszpory. Mógł się przecież wymówić tym, że jest w podróży, godzinę liturgiczną zastąpić dodatkowym różańcem, jednak najwyraźniej poważnie traktował swoje zobowiązania zakonne.

Powołanie do służby

Brat Andrzej Pastuła, który opiekował się br. Gwalą pod koniec jego życia, mówił, że kiedy słyszy słowo „sługa”, ma przed oczami właśnie jego. Dziesiątki lat posługi wobec braci i wspólnoty były świadomym, codziennie potwierdzonym wyborem brata, nawet wobec tych, którzy nie potrafili docenić jego służby.

Drugie ze wskazań, które pojawiło się w opracowaniu dominikańskiej ankiety, brzmiało: Traktowanie swojego powołania jako służby wobec Boga, Kościoła, zakonu i ludzi. W tym kontekście wspomnieć należy, że jedną z charakterystycznych postaw br. Gwali, zapamiętanych przez jego otoczenie, było chętne służenie do Mszy Świętej. Jeśli do klasztoru przyjeżdżał jakiś ojciec i nie miał już możliwości dołączenia do żadnej z oficjalnych celebr, ze strony brata padało zawsze: „Odprawiamy?”. Była to zapewne postawa wypracowana przez lata posługi w zakrystii, której to pracy br. Torbiński nie lubił, jednak wykonywał ją bardzo starannie. Inaczej najwyraźniej było ze służeniem do Mszy i samą Eucharystią, w której udział zawsze go cieszył. Nie mówił szerzej o swoim życiu wewnętrznym nikomu (tak się zdaje) poza spowiednikiem, jednak z tego, jak reagował na Najświętszy Sakrament, dało się wyczytać miłość i zachwyt. Myślę, że to właśnie one sprawiły, że z tak wielką radością przyjmował posługę przy ołtarzu jako ministrant.

Brat Andrzej Pastuła, który opiekował się br. Gwalą pod koniec jego życia, mówił, że kiedy słyszy słowo „sługa”, ma przed oczami właśnie jego. Dziesiątki lat posługi wobec braci i wspólnoty były świadomym, codziennie potwierdzonym wyborem brata, nawet wobec tych, którzy nie potrafili docenić jego służby. Często przepracowany, dźwigający oprócz obowiązków ciężar pogłębiających się chorób, a potem i wieku, do końca był dla innych. Ojciec Cyprian Klahs wspominał, że brata można było prosić o pomoc nawet poza godzinami jego pracy. Miał odpowiadać: „Dobrze. Chodź, kochanieńki, do magazynu, to znajdę ci tę książkę”. I człapał, zgięty w pół, do królestwa woluminów i archiwaliów, którym się opiekował, by wyszukać pozycję, której potrzebował proszący. Kiedy już w fazie paliatywnej choroby skracał czuwającym przy nim dominikanom czas historiami z dawnych lat (nie mogę odżałować, że nikt nie nagrał tych jego opowieści…), miał zwyczaj je kończyć stwierdzeniem: „No i na coś się przydałem”. W listach zaś pod koniec życia zaczął się podpisywać słowem „sługa” i z treści części korespondencji wynika, że właśnie ten wątek – służenia – był jednym z najistotniejszych dla niego w byciu zakonnikiem.

Wypływało to też z jego miłości do wspólnoty i wrażliwości na dobro wspólne. Lubił celebrować różne wydarzenia razem z braćmi. Pewnego roku, kiedy choroba uniemożliwiła mu wspólną Wigilię, bardziej wydawał się cierpieć z tego ostatniego powodu niż fizycznie. Znany był z gromadzenia i sprzedaży makulatury – współcześnie pewnie nazwalibyśmy go bratem zero waste – jednak to, co młodsi uważali za dziwactwo, miało praktyczny wymiar. Po pierwsze, służyło porządkowi w klasztorze, po drugie – za czasów PRL za surowce wtórne dość dobrze płacono. Kuzyn brata zapamiętał, że za jedną z partii sprzedanej makulatury udało się kupić sztućce dla całego konwentu.

* * *

W opracowaniu wspomnianej na początku ankiety pojawia się też stwierdzenie, że niektórzy respondenci nie rozumieli pojęcia „personalizm”. Brat Gwala, oczytany dzięki pracy w bibliotece, ale też świadomie podejmowanemu stałemu studium, pewnie je znał i rozumiał. Jedno mogę powiedzieć bez zawahania: na pewno nim żył. To z kolei oznacza, że bracia, z którymi mieszkał – zwłaszcza bracia studenci z krakowskiego klasztoru, kiedy tam przebywał – mieli stale do czynienia z kimś, czyj sposób życia był wspaniałą realizacją wskazań mających służyć poprawie jakości życia dominikańskiego w polskiej prowincji. Dlatego właśnie nazwałam br. Gwalę znakiem prorockim – jego głoszenie nie polegało jedynie na słowach (chociaż zajmował się też katechizacją w rodzinnym środowisku), ale przede wszystkim na życiu tak, by przez nie „mówić” o byciu dobrym zakonnikiem, cenionym współbratem, kimś, kto widzi wartość wspólnoty i ją buduje. Nic dziwnego, że umierał powszechnie kochany.


Polecamy książkę Elżbiety Wiater o br. Gwali i jego czasach:
Milczący kaznodzieja. Brat Gwala Torbiński OP (1908–1999), Poznań 2023.
Można ją nabyć tutaj.

 


[1] Archiwum Polskiej Prowincji Dominikanów, Opracowanie ankiety „Członkowie Prowincji o sobie i o Prowincji”, oprac. C. Jacher OP, Pp 193, s. 21.
[2] Tamże, s. 22.
[3] Tamże.


Zostań mecenasem Verbum! Ten projekt rozwinie się dzięki Twojemu wsparciu.