Wszędzie mówię o różańcu

Zdjęcie: Pavol Svantner / Unsplash

24 października 2022

Magdalena Buczek – założycielka Podwórkowych Kółek Różańcowych Dzieci, ukończyła dziennikarstwo i politologię w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Cierpi na wrodzoną łamliwość kości. Do pierwszego złamania doszło u niej w miesiąc po urodzeniu. Przeszła ponad trzydzieści złamań.

 

Wojciech Surówka OP: Czym jest dla Pani różaniec. Chyba wszystko się zaczęło od miłości do różańca, prawda?

Magdalena Buczek: Tak. Różaniec święty odmawiam od trzeciego roku życia i nie wyobrażam sobie dnia bez tej modlitwy, bo Maryja poprzez różaniec daje mi siłę do wytrwania w różnych bolesnych doświadczeniach. Każde swoje cierpienie jednoczę dzięki tej modlitwie z cierpieniami Pana Jezusa. Ofiarowuję Mu swój ból.

W jaki sposób odmawia Pani różaniec? Ma Pani jakieś swoje sposoby?

Najczęściej modlę się razem z mamą i z Radiem Maryja. Mamy taki stały rytm, że wieczorem modlimy się według programu, czyli tajemnicami z danego dnia. Ale przez cały dzień odmawiam też inne części różańca. Kiedy jesteśmy w drodze, a nieraz jeździmy daleko, to mierzymy odległości różańcami.

Od Państwa na Jasną Górę to ile to będzie? Dwa różańce?

Tak, dwa [śmiech]. Ale cieszymy się, kiedy możemy pojechać gdzieś dalej, bo wtedy mamy jeszcze więcej czasu na tę modlitwę.

Niektórzy mają trudności, żeby wypowiadając słowa modlitwy, rozważać tajemnice. Czy Pani zawsze udaje się rozważać tajemnice na kanwie Słowa Bożego, czy skupia się Pani na wypowiadaniu słów Pozdrowienia anielskiego?

Magdalena Buczek, archiwum prywatne, źródło: www.info.wiara.pl

Magdalena Buczek, archiwum prywatne, źródło: www.info.wiara.pl

Zawsze staram się rozważać konkretne tajemnice, ponieważ – o czym często mówię dzieciom, kiedy zachęcam je do różańca – w tych tajemnicach poznajemy także nasze życie. Tak jak w życiu Jezusa i Maryi przeplatały się różne wydarzenia – i radosne, i bolesne – tak też jest przecież w naszym życiu. Różaniec to jest taka nauka trwania w wierności Bogu, nauka pełnienia Jego woli. Owszem, dzięki rozważaniom poznajemy historię Pana Jezusa i Matki Bożej, ale właśnie po to, by uczyć się żyć tak jak Oni. Dlatego rozważanie tajemnic jest dla mnie bardzo ważne.

Czyli Jezus i Maryja wchodzą w nasze życie, towarzyszą nam. W ten sposób można także przeżywać drogę krzyżową – nie tylko iść z Panem Jezusem po Jego Drodze Krzyżowej w Jerozolimie, ale także zaprosić Go na swoją drogę i do tych wszystkich „stacji”, które realizują się jakoś w naszym życiu.
A jak się rozpoczęły Podwórkowe Kółka Różańcowe Dzieci?

Dzieci z sąsiedztwa przychodziły do mnie, bawiliśmy się, ale w tle słyszeliśmy Radio Maryja, bo odbiornik był wystawiony na parapecie, więc zawsze wiedzieliśmy, kiedy jest czas modlitwy. I wtedy przerywaliśmy zabawę.

Wszystko zaczęło się w wakacje 1997 roku. U nas w domu od zawsze było tak, że codziennie razem się modliliśmy, odmawiając właśnie różaniec i Koronkę do miłosierdzia Bożego. I niezależnie od tego, kto akurat w naszym domu gościł, to kiedy nadszedł czas modlitwy, dostawał różaniec i przyłączał się. Tak też było w wakacje. Dzieci z sąsiedztwa przychodziły do mnie, bawiliśmy się, ale w tle słyszeliśmy Radio Maryja, bo odbiornik był wystawiony na parapecie, więc zawsze wiedzieliśmy, kiedy jest czas modlitwy. I wtedy przerywaliśmy zabawę. Nawet jeśli akurat był ten najważniejszy moment zabawy, to przerywaliśmy ją, żeby się modlić. Pewnego dnia dzieci przyszyły z propozycją założenia jakiegoś gangu podwórkowego, ale nie spodobał mi się ten pomysł, więc bardzo spontanicznie zaproponowałam im, żebyśmy założyli podwórkowe koło różańcowe.

Ile miała Pani wtedy lat?

Dziewięć. Dzieci się zgodziły. Od tego dnia codziennie po Koronce do miłosierdzia Bożego odmawialiśmy dodatkowo jedną dziesiątkę różańca w wyznaczonych intencjach. Nawet jak pogoda się pogorszyła, zaczął padać deszcz, to i tak się spotykaliśmy na modlitwę, ale już w domu. Moja mama się dziwiła, jak słuchała tych intencji, które wymieniałam, bo na koniec zawsze prosiłam o „rozwój podwórkowych kół różańcowych”. Jaki rozwój? – pytała. [śmiech]

Od początku tak to sobie Pani zaplanowała?

Nie, to nie było moje! Nigdy bym czegoś takiego sama nie wymyśliła. Wierzę, że jest to dzieło Matki Bożej i Ona sama chciała, by powstała taka wspólnota.

A więc to była inspiracja z samej Góry…

Na pewno. No więc tak modliliśmy się do końca wakacji. A później, jak już rozpoczął się rok szkolny, to każdy o ustalonej godzinie odmawiał tę dziesiątkę różańca w swoim domu, bo już nie mogliśmy się tak często spotykać. Potem, 14 września, wracając z pielgrzymką z Górki Klasztornej, odwiedziliśmy Radio Maryja. Ojciec dyrektor wziął nas do studia i zapytał akurat mnie, co robiłam podczas wakacji. Powiedziałam, że założyłam podwórkowe koło różańcowe dzieci – i jemu ten pomysł bardzo się spodobał. Poprosił, żebym na antenie Radia zachęciła dzieci do zakładania takich kół. Od tego dnia przychodziły do mnie zgłoszenia od dzieci, a nawet od całych grup. Później nawet zaczęliśmy drukować legitymacje i wysyłać je dzieciom czy opiekunom poszczególnych kółek. Zaczęły one powstawać w rodzinach, w gronie sąsiedzkim, na podwórkach, przy blokach, ale także w szkołach oraz przy parafiach. No i tak jest do dziś.

Czy orientuje się Pani, ile dzieci angażuje obecnie ta inicjatywa?

Członków kół jest ponad 150 tysięcy w 33 krajach. Wiadomo, że to jest sytuacja dynamiczna, bo dzieci szybko rosną.

I co się dzieje, kiedy przestają być dziećmi? Czy potem zakładają na przykład podwórkowe koło różańcowe dorosłych?

Zazwyczaj jest tak, że ta modlitwa różańcowa w ich życiu nie ustaje, ale przechodzą oczywiście do innych wspólnot. Dostaję dużo pięknych świadectw od osób, które w dzieciństwie należały do jednego z naszych kół, a nawet same takie założyły, a teraz mają już swoje rodziny, swoje dzieci i już z nimi przyjeżdżają na pielgrzymkę Podwórkowych Kółek Różańcowych Dzieci.

Czyli więzi, które zostały zadzierzgnięte w tych kołach różańcowych, ciągle trwają. A dorosłe już „dzieci” wprowadzają w inicjatywę swoje potomstwo?

Tak. Ale niektórzy też wybrali drogę kapłaństwa czy życia zakonnego. Wiem, że na pewno jeden chłopak, który był w kole, wstąpił do dominikanów, a jedna dziewczyna została dominikanką.

W Telewizji Trwam prowadzi Pani programy dla dzieci. Ale Pani działalność apostolska obejmuje nie tylko osoby młode. Komu jeszcze opowiada Pani o różańcu?

To zależy od tego, gdzie jesteśmy z mamą zaproszone. Odwiedzamy szkoły, ośrodki dla dzieci niepełnosprawnych, ośrodki wychowawcze, ale też parafie, różne miejsca rekolekcyjne, wspólnoty osób dorosłych, a nawet byłyśmy w kilku więzieniach. Wszędzie mówię o różańcu, ale też dzielę się swoim świadectwem, które jest nierozerwalnie złączone z różańcem.

Kiedy już sama potrafiłam odmawiać różaniec, to – jak wspominałam – zaczęłam razem z tą modlitwą ofiarowywać Bogu swoje cierpienie spowodowane licznymi złamaniami i wielomiesięcznym leżeniem w gipsie. Przez cały czas czerpię siły z tej modlitwy.

Proszę powiedzieć, jak ono brzmi.

Kiedy się urodziłam, lekarze dawali mi zaledwie pięć dni życia. Moja mama od samego początku modliła się na różańcu, nieraz klęcząc przy mnie całe noce. A kiedy już sama potrafiłam odmawiać różaniec, to – jak wspominałam – zaczęłam razem z tą modlitwą ofiarowywać Bogu swoje cierpienie spowodowane licznymi złamaniami i wielomiesięcznym leżeniem w gipsie. Przez cały czas czerpię siły z tej modlitwy. Jej mocy najbardziej doświadczyłam dwanaście lat temu, kiedy trafiłam nieprzytomna na oddział intensywnej terapii. Zapalenie płuc spowodowało u mnie silną niewydolność oddechową, obrzęk serca. Wtedy tysiące ludzi zaczęło modlić się za mnie na różańcu, także w czasie modlitwy prowadzonej na antenie Radia Maryja. Było też odprawianych wiele Mszy Świętych. Bóg uczynił cud: wróciłam do zdrowia. W sumie spędziłam wtedy w szpitalu czterdzieści jeden dni. Do dziś jestem w nocy pod respiratorem, bo on zdecydowanie pomaga mi w prawidłowej wentylacji płuc, dzięki czemu lepiej funkcjonuję w ciągu dnia. Ale początkowo wydawało się, że jeśli w ogóle wyjdę ze szpitala, to w domu będę musiała być podłączona stale do tlenu. To wiązałoby się z przerwaniem studiów i z brakiem możliwości prowadzenia Podwórkowych Kółek Różańcowych Dzieci. I kiedy przyjęłam tę sytuację oraz powiedziałam na nowo „tak” Panu Bogu, szybko zaczęłam wracać do zdrowia i po kilku miesiącach mogłam już wyjeżdżać z domu na spotkania z dziećmi i na studia.

Istnieje bardzo dużo różnych inicjatyw modlitewnych, również różańcowych. Jest na przykład Żywy Różaniec, czyli międzynarodowy ruch religijny założony przez Paulinę Marię Jaricot. Jego celem jest wspomaganie misji. Jest także Różaniec Rodziców za Dzieci. Kiedy słyszę o rozmaitych inicjatywach, to zawsze mnie zadziwia, że wciąż jest jeszcze miejsce na nowe. Czasami po ludzku wydaje się, że już wszystko zostało zrobione, a tu nagle się okazuje, że jest jeszcze jakaś przestrzeń, którą Duch Święty chce pokazać nam jako pole do apostołowania – Pani jako mała dziewczynka dostała natchnienie, żeby tę modlitwę popularyzować wśród dzieci. A jak Pani myśli, kto dzisiaj najbardziej potrzebuje różańca?

Rodzice i dziadkowie uczyli młodych, jak się modlić, a teraz, niestety, coraz częściej się zdarza, że dzieci nie wiedzą, co to jest znak krzyża świętego…

Przez te dwadzieścia pięć lat społeczeństwo bardzo mocno się zmieniło. Przedtem dużo było rodzin wielopokoleniowych, w których dzieci wzrastały w atmosferze modlitwy. Rodzice i dziadkowie uczyli młodych, jak się modlić, a teraz, niestety, coraz częściej się zdarza, że dzieci nie wiedzą, co to jest znak krzyża świętego… Dziś jest coraz trudniej zachęcić je do modlitwy różańcowej, a przede wszystkim do tego, żeby zapłonęły miłością do Maryi, do Jezusa, żeby były w tej modlitwie systematyczne. Owszem, są szkoły, w których młodzież modli się na różańcu, czy to przed lekcjami, czy na dużej przerwie, ale w domu już nie ma kontynuacji tej modlitwy, bo w domu często nie ma modlitwy w ogóle… Znam wiele takich świadectw, jak to dopiero dzieci przyprowadziły swoich rodziców do Kościoła. Dlatego wydaje mi się, że teraz takim podstawowym zadaniem jest dotarcie do rodziców, którzy już nie mają żadnej formacji, którzy przez wiele lat nie byli w kościele. Może przy okazji chrztu dzieci, Pierwszej Komunii, ale na co dzień – czy też w niedzielę – nie ma ich na Eucharystii. Wtedy tylko ogromna łaska może pomóc, żeby dziecko, pomimo tego, co widzi w domu, co w nim słyszy, zostało wierne Panu Jezusowi.

To czasem wymaga nawet heroizmu od tych dzieci, prawda?

Tak. No więc teraz trzeba dotrzeć do rodziców, żeby ich uratować po prostu.

Rzeczywiście z duszpasterskiej perspektywy rodzice to jest jedna z najtrudniejszych grup. Widać taką dynamikę, że kiedy młodzi ludzie, nawet tacy związani z Kościołem, zaczynają być rodzicami, to nagle znikają ze wspólnoty wiernych. Potem wracają gdzieś przed emeryturą, jak ich dzieci dorosną. W międzyczasie pewną szansą, by katechizować tę grupę, są sakramenty – Pierwsza Komunia Święta dziecka czy bierzmowanie. Dlatego jestem zwolennikiem wczesnej Pierwszej Komunii, bo wtedy mówię, że bez rodziców to ja nie katechizuję dzieci [śmiech]. Tak więc rodzice muszą się zaangażować. Wtedy tłumaczę, że mogę tylko pokazać, jak codziennie przyprowadzać dziecko do Boga, ale nie zrobię tego za nich, bo nie znam dobrze ich dziecka, nie znam jego języka i wrażliwości. Dom powinien być pierwszym miejscem katechizacji.

Tak, zdecydowanie! Jeżeli dzieci już od najmłodszych lat będą miały to doświadczenie Pana Boga, doświadczenie takiej autentycznej, prawdziwej relacji z Nim, bliskości, to nie będzie tak łatwo im odejść. To jest ogromna szansa, że one pozostaną mimo różnych zawirowań i kryzysów, bo ich doświadczenie wiary, doświadczenie miłości Pana Boga będzie w nich i to będzie owocować. A nawet jeżeli się gdzieś w swoim życiu pogubią, to w końcu powrócą do tego doświadczenia. Tak więc formacja dzieci jest bardzo ważna, ale też formacja rodziców, którzy właśnie będą umieli przekazywać wiarę dzieciom. Razem ze wspólnotą, do której należę, prowadziliśmy przygotowanie młodzieży do bierzmowania. Było to bardzo trudne zadanie. Kiedy młodzież jest już po przejściach i daleko od Pana Boga, bez doświadczenia Jego bliskości, to trudno jej do Niego wrócić.

O tym mówiła siostra Łucja z Fatimy i często powtarzał to Jan Paweł II – trzeba ratować rodziny. Wspomniała Pani o wspólnocie. Do jakiej wspólnoty teraz Pani należy?

Formuję się we wspólnocie charyzmatycznej. Jest to Wspólnota i Szkoła Nowej Ewangelizacji „Zacheusz”. Żeby dawać, trzeba samemu wciąż czerpać, trzeba się formować – to jest bardzo, bardzo ważne. A więc oprócz tego, że naturalna jest dla mnie formacja różańcowa, bo moja babcia prowadziła różę różańcową, była zelatorką tutaj w parafii, a potem moja mama przejęła tę różę po babci, to należę do wspólnoty charyzmatycznej. Niektórzy jakby przeciwstawiają te dwie rzeczywistości – różaniec i charyzmatyków. Czasami spotkałam się z takim zdziwieniem u niektórych: „No jak to, odmawiacie różaniec, a jesteście w takiej wspólnocie charyzmatycznej? To się ze sobą kłóci”. Wtedy odpowiadam, że mnie się tutaj absolutnie nic nie kłóci, bo przecież Maryja jest właśnie wzorem uwielbiania Pana Boga.

Pierwsza charyzmatyczka.

Tak, dokładnie. Wzór otwartości na charyzmaty, na Ducha Świętego. Zawsze podkreślam, że to Maryja przyprowadziła nas do tej wspólnoty.

I może ostatnie pytanie, osobiste. Kim dla Pani jest Matka Boża?

Maryja jest przede wszystkim najukochańszą Mamą, która się nami opiekuje i która przede wszystkim prowadzi nas do Jezusa. Wiem, że będąc blisko Niej, jestem bezpieczna, że Ona mnie trzyma za rękę. Jest dla mnie wzorem wierności Panu Bogu, wypełniania Jego woli, posłuszeństwa, modlitwy. Z Niej nieustannie czerpię inspirację do wzrastania w życiu duchowym.

 


Zostań mecenasem Verbum! Ten projekt rozwinie się dzięki Twojemu wsparciu.


Pierwodruk: Wszędzie mówię o różańcu, rozmowa Wojciecha Surówki OP z Magdaleną Buczek, „Tota Tua” 10/2021 (6).