Jak mówić o macierzyństwie Maryi?

Sedes sapientiae, drewno, 77 cm, II połowa XII wieku, kolekcja prywatna.

7 grudnia 2022

Zbliżające się święta Bożego Narodzenia kierują naszą uwagę ku tematowi macierzyństwa Maryi. Co to znaczy, że jest Ona Matką Bożą? Jakie jest Jej miejsce w tajemnicy Syna? Czy Matka Boża ukazana jako jadąca autobusem lub w dżinsach, przybliża nas do prawd, których strzeże?

 

W nadchodzących dniach będziemy słuchać kazań, w których na pewno zostanie poruszona tematyka macierzyństwa Maryi. Świętom Bożego Narodzenia towarzyszą niezliczone obrazy betlejemskiej szopki, które niestety rzadko są dziełami sztuki skłaniającymi do modlitwy. Jestem przekonany, że przypatrując się dogmatycznemu nauczaniu na temat Matki Bożej, możemy w nim odnaleźć wskazówki, które pomogą nam lepiej o Niej opowiadać, jak również piękniej Ją ukazywać.

Boża Rodzicielka

U ojców Kościoła nie znajdziemy rozważań na temat macierzyństwa Maryi, ponieważ starożytnych pisarzy chrześcijańskich nie interesowały abstrakcyjne pojęcia. Pytanie, które sobie stawiali, brzmiało inaczej: Czy Maryja zrodziła Boga, innymi słowy czy jest Rodzicielką Boga? Theotokos jest jednym z najpopularniejszych tytułów, a zarazem jest także tytułem najtrudniejszym. Nie oznacza on po prostu „Matka Boża”, jak to oddają zazwyczaj języki zachodnie (Mater Dei po łacinie i w językach romańskich czy Mutter Gottes po niemiecku). W sensie dosłownym tytuł ten oznacza „Bożą Rodzicielkę” – stąd w językach słowiańskich Bogorodica czy też w staropolskim Bogurodzica.

Ojcowie soborowi uznali tytuł Theotokos za jak najbardziej właściwy, odwołując się do zasady „wymiany przymiotów” (comunicatio idiomatum), według której, w konsekwencji wcielenia oraz zjednoczenia natury boskiej i ludzkiej w jednej osobie Jezusa Chrystusa, można orzekać ludzkie właściwości o Logosie i boskie właściwości o człowieku Jezusie.

Historia lingwistyczna tego tytułu pozostaje niejasna, jednak jak podaje znakomity znawca rozwoju dogmatów Jaroslav Pelikan z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy przypuszczać, że jest on terminem pochodzenia chrześcijańskiego, a nie, jak mogłoby się wydawać, chrześcijańską adaptacją imienia nadawanego pierwotnie jakiejś bogini pogańskiej[1]. Po raz pierwszy pojawia się w dziełach ojców Kościoła w wieku IV, jednak dopiero w V stuleciu stał się popularny za sprawą patriarchy Konstantynopola Nestoriusza. Ten pasterz Kościoła, powodowany obawą przed mieszaniem boskiej i ludzkiej natury w Chrystusie, wystąpił z twierdzeniem, że Maryja, która zrodziła tylko jedną, tj. ludzką naturę Chrystusa, nie powinna być nazywana Theotokos, ponieważ tytuł ten mogłoby sugerować, że zrodziła naturę Boga i wskutek tego brzmiałby jak tytuł matki bóstw pogańskich. Zdaniem Nestoriusza Maryja powinna raczej nazywać się Christotokos, czyli „Rodzicielką Chrystusa”.

Kontrowersja ta została rozstrzygnięta na soborze w Efezie w 431 roku. Ojcowie soborowi uznali tytuł Theotokos za jak najbardziej właściwy, odwołując się do zasady „wymiany przymiotów” (comunicatio idiomatum), według której, w konsekwencji wcielenia oraz zjednoczenia natury boskiej i ludzkiej w jednej osobie Jezusa Chrystusa, można orzekać ludzkie właściwości o Logosie i boskie właściwości o człowieku Jezusie, np. można mówić o „krwi Syna Bożego” lub o „krwi Pańskiej”. Święty Tomasz z Akwinu, wyjaśniając Boże macierzyństwo Marii, odwoływał się do pojęć wypracowanych w trakcie dyskusji z nestorianizmem. Twierdził, że matką jakiegokolwiek człowieka nazywana jest ta kobieta, z której wziął on ciało. A ponieważ z Marii zostało wzięte ciało, które jest ciałem Boga, jest Ona słusznie nazywana Matką Bożą. Nie wszystko, co składa się na osobę Chrystusa, zostało wzięte z Niej, lecz jedynie ciało. Dusza została dana przez Boga, a natura boska jest naturą Logosu – Syna odwiecznie rodzonego przez Ojca.

Osoba na straży boskości

Nietrudno jest powiedzieć, że w stajence betlejemskiej było zimno i brakowało pieluch. Prawdziwą sztuką byłoby pokazać, w jaki sposób dzięki wcieleniu Syna Bożego, człowiek staje się uczestnikiem boskiej natury i jaki jest w tej tajemnicy udział Maryi.

Dogmatyczne orzeczenia pozwalają nam uchwycić dwie zasadnicze cechy charakterystyczne dla starożytnej myśli chrześcijańskiej. Po pierwsze, widzimy, że ojców Kościoła interesują osoby, a nie abstrakcyjne pojęcia. Nie zajmują się macierzyństwem, ale Maryją, która jest Matką. I po drugie, dogmat o Bożym macierzyństwie Maryi został ogłoszony w związku z obroną dogmatu chrystologicznego, czyli nauczania o dwóch naturach boskiej i ludzkiej w jednej osobie Jezusa Chrystusa. A zatem dogmat o Bożym macierzyństwie podkreśla związek Maryi z Jej Synem. Błogosławiony kard. John Henry Newman pisał: „Patrząc na Europę, zauważamy, że narody, które nie uznają kultu Maryi, przestały również czcić jej Boskiego Syna i zrezygnowały z wiary na rzecz zwykłego humanizmu, zaś narody, które kult maryjny uznają, wiary owej nie utraciły. Wiara wygasła tam, gdzie oddawanie chwały Synowi nie było połączone z wywyższeniem Jego Matki. Katolicy, których niesłusznie oskarżano o to, że zamiast oddawać cześć Stworzycielowi, czczą stworzenie, nadal oddają cześć Stwórcy. Natomiast ich oskarżyciele, którzy mieli czcić Boga w sposób czysty i zgodnie z nakazami Pisma, przestali Go w ogóle czcić”[2]. Dlatego ten sam autor podkreślał, że dogmat o Bożym macierzyństwie Maryi stoi na straży wiary w ludzką naturę Chrystusa, tak jak dogmat o dziewiczym poczęciu Chrystusa stoi na straży Jego boskiej natury.

Kiedy pragniemy namalować Maryję jako Matkę, czy to przed oczami wyobraźni wiernych słuchających kazania, czy też za pomocą środków artystycznych, zwłaszcza jeśli obraz miałby pretendować do miana dzieła sakralnego, powinniśmy na poważnie podjąć wskazówki ojców Kościoła. Kościół bardzo jasno odpowiada na pytanie, jak malować rzeczywistość boską. Orzeczenie Soboru Nicejskiego (787 r.) brzmi: „Od malarza zależy wyłącznie aspekt techniczny dzieła, ale cały plan, dyspozycja i koncepcja bardzo wyraźnie zależą od Ojców”. Chodzi więc o to, że treść przedstawienia musi być zawsze zgodna z nauczaniem Kościoła. A zatem każdy, kto próbuje przybliżyć postać Maryi, musi pamiętać o tym podstawowym założeniu. Czasem widzimy prace artystyczne, które starają się uwspółcześnić historię zbawienia, pokazując Maryję w dżinsach, jadącą autobusem, niosącą w siatkach zakupy lub w kontekście jakiś współczesnych dramatycznych wydarzeń. Zabiegi takie, choć wydają się ciekawe, tak naprawdę przesuwają uwagę odbiorców w rejony co najwyżej humanizmu, tracąc z perspektywy właśnie ową boską naturę Jej Syna, o której możemy orzekać dzięki „wymianie przymiotów”. Nietrudno jest powiedzieć, że w stajence betlejemskiej było zimno i brakowało pieluch. Prawdziwą sztuką byłoby pokazać, w jaki sposób dzięki wcieleniu Syna Bożego, człowiek staje się uczestnikiem boskiej natury i jaki jest w tej tajemnicy udział Maryi.

Kardynał Joseph Ratzinger w „Duchu liturgii” zachęca, żebyśmy poważnie podeszli do orzeczeń soborów, które ustaliły kanon malowania ikon, i w nich szukali inspiracji dla naszej zachodnioeuropejskiej twórczości. „Kościół zachodni nie musi rezygnować ze specyfiki swojej drogi, którą kroczy mniej więcej od XIII wieku. Powinna w nim jednak nastąpić rzeczywista recepcja siódmego soboru powszechnego, czyli Soboru Nicejskiego II, który wypowiedział się na temat zasadniczego znaczenia obrazu oraz jego teologicznego miejsca w Kościele. Kościół zachodni nie musi przyjmować wszystkich pojedynczych norm, wypracowanych w tej kwestii przez następne sobory i synody Wschodu, który to proces zakończył się w 1551 roku na Soborze Moskiewskim («soborze stu rozdziałów»). Jednakże podstawowe zasady owej teologii obrazu Kościół zachodni powinien postrzegać jako obowiązujące również jego”[3]

* * *

Jakie możemy zatem określić zasady ukazywania Maryi w kontekście tajemnicy Jej macierzyństwa? Myślę, że należy zwrócić uwagę przynajmniej na dwie, które wprost wypływają z orzeczeń soborowych. Po pierwsze, należy mówić o osobach, a nie o abstrakcyjnych ideach, co w sztukach plastycznych oznacza prymat figuracji, a zwłaszcza oblicza, nad abstrakcją. I po drugie, Maryja powinna być przedstawiana w kontekście swojego Syna, Jego osoby i misji.


[1] Por. J. Pelikan, Maryja przez wieki. Jej miejsce w historii kultury, Kraków 2012, s. 50.
[2] Za: V. Messori, Opinie o Maryi, Kraków 2020, s. 20.
[3] J. Ratzinger, Duch liturgii, Poznań 2002, s. 121.


Zostań mecenasem Verbum! Ten projekt rozwinie się dzięki Twojemu wsparciu.