Ewangelizacja i kultura masowa

11 sierpnia 2023

Światowe Dni Młodzieży na pewno mają znaczenie jako wydarzenie umacniające młodych ludzi w ich przynależności do wspólnoty Kościoła. Właśnie dlatego warto się przyglądać temu wydarzeniu i reagować na sytuacje niepokojące. W tym roku w Lizbonie mogliśmy obserwować incydent, który jak w soczewce skupia problemy dzisiejszej ewangelizacji nastawionej na wielkie oddziaływanie poprzez kulturę masową.

 

Ostatnio w Kościele bardzo często można usłyszeć, że głównym zadaniem naszej wspólnoty jest ewangelizacja. Z jednej strony to prawda, że do podstawowych cech Kościoła od samego początku jego istnienia należy misyjność. Z faktu tego wynika, że obowiązkiem każdego wiernego jest świadczenie o zmartwychwstałym Chrystusie po to, by inni zapragnęli Go przyjąć do serc. Z drugiej jednak strony mam wrażenie, że współcześnie ewangelizacja zaczyna oznaczać coś innego niż przyprowadzanie ludzi do Boga. Niektórzy katolicy sugerują lub nawet deklarują wprost, że dla ewangelizacji są w stanie wiele poświęcić. Ale nie chodzi im o poświęcenie siebie, np. swoich namiętności, lecz o wzięcie w nawias takich spraw, jak reguły życia duchowego, moralne nauczanie Kościoła czy liturgia. Reguły podobno odbierają współczesnemu człowiekowi wolność ekspresji, nauczanie moralne buduje mur niezrozumienia pomiędzy Kościołem a światem, natomiast liturgia zdaniem niektórych jest zbyt archaiczna, a przecież do Kościoła trzeba przyciągać młodzież… Zastanawia mnie jednak, po co ludzie, którym przeszkadzają reguły, prawo Boże i katolicki kult, chcą kogokolwiek tutaj przyciągać? Czy na pewno głoszą Chrystusa, czy chodzi im raczej o budowanie przyjemnego świata, w którym zapanuje powszechna zgoda, gdyż chrześcijanie przestaną traktować na poważnie ów znak sprzeciwu, którym jest krzyż Chrystusowy? I w którym liturgię skupioną wokół Najświętszej Ofiary zastąpi spektakl wolny od zbyt trudnych treści.

Do postawienia powyższych pytań skłania mnie wiele wydarzeń. Jednym z ostatnich jest występ, jaki na Światowych Dniach Młodzieży w Lizbonie dał portugalski kapłan Guilherme Peixoto. Ksiądz ten od jakiegoś już czasu zdobywa popularność głównie dzięki swojemu zaangażowaniu w prowadzenie imprez z muzyką elektroniczną. Utworom przez niego wykonywanym towarzyszą niekiedy chrześcijańskie teksty. Ksiądz Peixoto stał się niezwykle popularny, kiedy postanowił wejść w media społecznościowe i bardzo szybko, bo zaledwie w ciągu dwóch dni, jego konto na TikToku odwiedziło 3 mln internautów. Widocznie ten „ewangelizacyjny sukces” został zauważony i doceniony przez organizatorów Światowych Dni Młodzieży. W związku z tym chciałbym zwrócić uwagę na zagrożenia, jakie płyną z promowania portugalskiego kapłana i jego twórczości.

W służbie Bogu czy namiętnościom?

W doniesieniach prasowych możemy przeczytać, że ks. Guilherme Peixoto od młodości planował zostać księdzem, ale równocześnie szukał spełnienia w świecie muzyki. Już podczas formacji w seminarium czynnie działał w kilku grupach muzycznych. W weekendy bawił się w nocnych klubach, jednakże – jak podkreślają dziennikarze – nie zaniedbywał przy tym codziennych obowiązków i Mszy Świętych. Kiedy już jako ksiądz objął parafię, która okazała się zadłużona, wpadł na pomysł otwarcia baru Ar de Rock Laundos, gdzie jedni parafianie-wolontariusze serwowali drinki, podczas gdy inni organizowali karaoke. W pewnym momencie sam proboszcz stanął za konsoletą. Następnie, aby udoskonalić swoje zdolności, zapisał się do szkoły DJ-ów. Ale jak wynika z wypowiedzi, których ksiądz udziela mediom, jego działalność ma znaczenie nie tylko zarobkowe. Duchowny deklaruje, że poprzez muzykę elektroniczną zamierza przybliżyć młodym ludziom Boga oraz udowodnić, że kapłani są takimi samymi ludźmi jak inni. „Chcę pokazać młodym ludziom (…) że na parkiecie wszyscy jesteśmy tacy sami”. Kapłan narzuca sobie jednak pewne zasady: unika grania w soboty, by następnego dnia zapewnić parafianom Mszę, a jeśli okazja jest zbyt kusząca, zawsze udaje mu się załatwić zastępstwo. Niestety nie znalazłem odpowiedzi, czy zastępstwo dotyczy celebrowania Mszy Świętej, czy prowadzenia nocnej imprezy. 

Niestety dość często zdarza się, że osoby duchowne oraz konsekrowane ulegają rozmaitym namiętnościom, co usiłują przedstawić jako spalanie się dla ewangelizacji. Nie chodzi mi o to, że pasje są złem same w sobie, jednak żadna pasja nie ma prawa rywalizować z Bogiem.

Z tej narracji wyłania się niepokojący obraz upadku etosu księdza. Teologia kapłaństwa mówi o tym, że ksiądz katolicki, na wzór Chrystusa, jest zarówno kapłanem, jak i żertwą, czyli ofiarą. Oznacza to choćby tyle, że w jego życiu duchowym ważne są wyrzeczenia i nie chodzi tu wyłącznie o celibat. Tymczasem duchowny żarliwie podążający za swoją pasją, którą nie jest Chrystus, lecz np. rozrywka lub sport, może szybko stać się niewolnikiem swoich namiętności.

Niestety dość często zdarza się, że osoby duchowne oraz konsekrowane ulegają rozmaitym namiętnościom, co usiłują przedstawić jako spalanie się dla ewangelizacji. Nie chodzi mi o to, że pasje są złem same w sobie, jednak żadna pasja nie ma prawa rywalizować z Bogiem. Niektórym jednak bardzo trudno zobaczyć tę kwestię we właściwym świetle, gdyż podążanie za namiętnościami bardzo często związane jest z dodatkową gratyfikacją – człowiek staje się „kimś”. Potrzeba bycia dostrzeżonym, podziwianym, kochanym przez tłumy jest w pewnym stopniu naturalną słabością człowieka, ale wejście w służbę Bożą w sposób szczególny zobowiązuje do praktykowania cnoty skromności.

Nie chodzi jednak tylko o to, że kapłanom oraz konsekrowanym nie wypada dążyć do statusu gwiazdy. Wejście na ścieżkę kariery niesie za sobą konkretne zagrożenia duchowe, które w skrajnych sytuacjach skutkują nawet odejściem od Chrystusa. Pamiętamy przecież, że nie tak dawno pewna śpiewająca siostra zakonna, którą zachwycał się katolicki Internet, wystąpiła ze zgromadzenia, po czym okazało się, że chyba jednak nie wystąpiła, lecz jedynie samowolnie opuściła dom zakonny. Ale wpis, który opublikowała w mediach społecznościowych (usunięty po jakimś czasie) świadczył o jej zamiarach, a przede wszystkim o stanie duchowym: „Potwierdzam informację o moim przejściu ze stanu zakonnego w świecki. Wybaczcie, że nie stać mnie mentalnie po wielu perypetiach – na inwestycję w miłość do muzyki i kontynuowanie projektu. (…) Do zobaczenia gdzieś, kiedyś – w innym lepszym świecie”. Niedługo potem gwiazda włoskiego The Voice, siostra Cristina, zrzuciła habit i została kelnerką – postanowiła „słuchać głosu serca”. Nie rozstała się jednak z muzyką, lecz podobno nadal rozwija karierę. Jeszcze wcześniej znany łódzki duszpasterz, inicjator „Chrystoteki” i wielu innych dziwnych wydarzeń, odszedł z Kościoła katolickiego, oświadczając, że jego powołaniem jest małżeństwo i wreszcie zaczyna żyć „pełnią życia”. Wygląda na to, że te niesamowite medialne „sukcesy” prowadzą osoby oddane Chrystusowi na manowce. A może już samo dążenie do takiego sukcesu jest konkretnym symptomem duchowego kryzysu? Jeśli człowiek słabnie duchowo i nie potrafi spełniać się w służbie Kościołowi, zaczyna szukać spełnienia gdzie indziej.

Wydaje się oczywiste, że w przypadku utworów muzycznych ten sam tekst piosenki w różnych aranżacjach może zyskać zupełnie różną wymowę. Niezrozumienie tego faktu świadczy o sporej ignorancji kulturowej.

Forma ma znaczenie

Drugą kwestią, jaką należy skomentować w związku z działalnością ks. Peixoto, jest rodzaj promowanej przez niego muzyki. Duchowny uważa, że jego utwory techno są narzędziem ewangelizacji. Ktoś może powiedzieć, że skoro artysta miksuje muzykę techno z chrześcijańskimi tekstami, to nie może być w tym nic złego. Niektórzy katolicy uważają, że w każdym gatunku muzycznym da się stworzyć coś, co będzie służyło głoszeniu chwały Bożej, a kłopot pojawia się dopiero w momencie, gdy mamy do czynienia z oczywistą prowokacją, bluźnierstwem czy próbą profanacji. Takie postawienie sprawy jest błędne zarówno od strony duchowej, jak i artystycznej. Każdy miłośnik jakiejkolwiek sztuki zdaje sobie sprawę z faktu, że forma w dużym stopniu kreuje przekaz dzieła. Wydaje się oczywiste, że w przypadku utworów muzycznych ten sam tekst piosenki w różnych aranżacjach może zyskać zupełnie różną wymowę. Niezrozumienie tego faktu świadczy o sporej ignorancji kulturowej.

Grzegorz Kasjaniuk w książce Zło w popkulturze pokazuje na wielu przykładach, że nie istnieje coś takiego jak „czysta muzyka, bez odniesień”. W dużym stopniu za funkcjonowanie tego mitu odpowiedzialne są media, gdyż wykreowały fałszywy obraz kultury, która zawsze ma czyste intencje, która jest wartością sama w sobie. „Nawet chrześcijanie, fani rocka, tak mocno wchłonęli tę retorykę – «czysta muzyka, bez odniesień» – że Ozzy Osbourne, dobrodusznie wyglądający wokalista Black Sabbath, musiałby na każdym koncercie krzyczeć «jestem satanistą», by obudzić ich z letargu”[1].

Ciekawe rozważania na temat utworów muzycznych znajdujemy w Państwie Platona. W jednym z dialogów pada prosta analiza: „Pieśń składa się z trzech rzeczy: z treści słów, z harmonii i z rytmu”, „a harmonia i rytm powinny iść za treścią słów”[2]. Dalej bohaterowie rozmawiają o różnych rodzajach harmonii, z których jedne uznają za pożyteczne dla społeczeństwa, inne – za destrukcyjne dla niego. Tymi ostatnimi są takie harmonie, które bohaterowie charakteryzują jako: płaczliwe, miękkie i pijackie, natomiast do pierwszych zaliczają tę, „która by przyzwoicie naśladowała ton i akcent człowieka mężnego” oraz brzmiącą „niby głos człowieka, który nie stosuje gwałtu, ale działa pokojowymi środkami po dobremu, więc przekonywa kogoś albo drugich o coś prosi – bogów modlitwą lub ludzi przekonywaniem lub napominaniem”. Chodzi zatem o „głosy rozwagi i męstwa”. Czy obserwacje Platona nie są zwyczajnie zdroworozsądkowe i jak najbardziej aktualne?

Muzyka oddziałuje na zmysły – koi je lub rozbudza. Oczywiste jest, że dla prawidłowego rozwoju duchowego musimy je wyciszać. Poetycko rzecz ujmując, zmysły należy poddawać harmonii i rytmowi Serca Jezusowego. Tymczasem wiele gatunków muzycznych oddziałuje na nas w taki sposób, że zaczynają nas sobą wypełniać. Znam osoby, które kładąc się spać, wciąż wystukują jakiś rytm. Kiedy człowiek jest nasycony muzyką, opanowany przez nią, nie ma w jego sercu miejsca na prawdziwą modlitwę. Ale muzyka techno, którą promuje ks. Peixoto, robi z człowiekiem jeszcze coś – ma ona ogromny potencjał, by wprowadzić człowieka w trans, czyli odmienny stan świadomości. Stawiam tezę, że dłuższy kontakt z taką muzyką nie może nie degradować sfery duchowej człowieka. Trudno przyjąć do wiadomości tłumaczenia niektórych księży, że skoro młodzi ludzie słuchają takiej muzyki, to na pewno jest ona odpowiednia dla takiego wydarzenia jak ŚDM. Jestem przekonany, że Kościół ma młodym tak wiele do zaoferowania, że naprawdę nie musi na każdym kroku próbować się im przypodobać, zwłaszcza jeśli poniesionym kosztem miałaby być ich otwartość na rzeczywiste spotkanie z Bogiem na modlitwie.

Jestem przekonany, że Kościół ma młodym tak wiele do zaoferowania, że naprawdę nie musi na każdym kroku próbować się im przypodobać, zwłaszcza jeśli poniesionym kosztem miałaby być ich otwartość na rzeczywiste spotkanie z Bogiem na modlitwie.

Przygotowanie do Eucharystii?

Być może dokonam teraz nadinterpretacji, ale wydaje mi się, że uczestnicy ŚDM nie potwierdzili wyboru organizatorów, jeśli chodzi o zaproszenie ks. DJ-a Peixoto. Na jednym z nagrań widać, że młodzi nie są za bardzo zainteresowani koncertem, DJ ich nie porywa. Nie wiem, czy to przypadek, czy świadoma postawa młodzieży, która wyczuła, jak bardzo niestosowna jest muzyka techno serwowana w kontekście modlitwy. Jak podaje jeden z kapłanów uczestniczących na ŚDM, koncert odbył się o 7:00 rano, natomiast dwie godziny później miała odbyć się Msza Święta. Pomimo dość sporego odcinka czasu na scenie wokół ks. DJ-a widać księży w ornatach, którzy już zbierają się na celebrację. Mają ucałować ołtarz i pewnie to robią, ale najpierw wielu z nich otacza rozbawionego ks. DJ-a, aby uwiecznić go na zdjęciu. Konsoleta ustawiona jest tuż przed ołtarzem, co potęguje fatalne wrażenie biskupów i diakonów skupionych wokół nowego „celebransa” nowej formy pobożności. Jaki przekaz daje światu taki obraz?

Święty Karol Boromeusz mówił kiedyś do biskupów: „Ktoś narzeka, że gdy przychodzi, aby się modlić czy sprawować ofiarę Mszy św., od razu cisną mu się na myśl tysiące spraw, które odrywają go od Boga. Ale zanim udał się do chóru, zanim rozpoczął Msze św., cóż czynił w zakrystii, jak się przygotował, jakie zastosował środki do zachowania skupienia? Jeśli udzielasz sakramentów, myśl bracie o tym, co czynisz. Śpiewasz w chórze, pomyśl z kim rozmawiasz i o czym mówisz. Jeśli odprawiasz Mszę św., zastanów się, co ofiarowujesz”[3]. Czy „środkiem zachowania skupienia” może być koncert techno prowadzony przez rozbawionego ks. DJ-a?  

Myślę, że nie tylko koncert, ale także zachowanie księży na ŚDM należy objąć aktem żalu. Na co dzień natomiast trzeba konsekwentnie promować zupełnie inne standardy zachowań: poważne traktowanie młodzieży, rozumne funkcjonowanie w kulturze oraz prawdziwie miłosne podejście do służby Bożej i Eucharystii. Miłość wszystko wyjaśnia, miłość wszystko porządkuje. Ten sam św. Karol Boromeusz radził: „Jeśli płomień Bożej miłości zapalił się już w tobie, nie odsłaniaj go pochopnie, nie chciej wystawiać go na wiatr. Pilnuj ognia, aby nie zgasł i nie utracił swego ciepła. Oznacza to: uciekaj, jak dalece możesz, przed rozproszeniami, trwaj w skupieniu przed Bogiem, unikaj próżnych rozmów”.

 


[1] G. Kasjaniuk, Zło w popkulturze, Warszawa 2020, s. 10
[2] Platon, Państwo, t. I, III, 10, tłum. W. Witwicki, Warszawa 1999, s. 133-132
[3] Św. Karol Boromeusz, Przemówienie wygłoszone w czasie ostatniego synodu, Acta Ecclesiae Mediolanensis, Mediolani 1599, s. 1177-1178, cytowane za: Liturgia Godzin, t. IV, Poznań 1988, 1329n.


Zostań mecenasem Verbum! Ten projekt rozwinie się dzięki Twojemu wsparciu.